Jeśli o 22.00 sprawdzasz maila, to pracujesz, czy tak tylko badasz sytuację? Jeśli o 7 rano odpowiadasz na wiadomości na LinkedIn to pracujesz, czy tylko utrzymujesz kontakty? Jeśli jesz obiad przed monitorem to pracujesz, czy właśnie masz przerwę? Rozróżnienie, co mieści się w godzinach pracy a co nie, kiedy pracujesz z domu jest cholernie ciężkie, czy tylko dla mnie?

Praca z domu ma rodzaje. To już wiem. Niezależnie jednak, czy robiłam zlecenia dla małej spółki, czy byłam freelancerem, czy teraz, kiedy pracuję dla dużej firmy – trudno mi jednoznacznie powiedzieć ile godzin dziennie poświęcam na pracę.

W pracy w biurze jest prosto. Idziesz na ósmą, wychodzisz o szesnastej i pozamiatane. Dziękuję, tyle mnie widzieli.

A jak pracujesz na swoim? I to jednoosobowym? Tu w zasadzie też jest prosto… Doświadczenie większości moich znajomych w takiej sytuacji pokazuje, że praca trwa mniej więcej 28 godzin na dobę.

Pozostaje jeszcze moja specyficzna sytuacja, w której mimo pracy z domu, oficjalnie powinnam się zajmować rzeczami zawodowymi od 8 do 17 z godzinną przerwą na obiad gdzieś po środku.

Ale…

Początek pracy z domu

Kiedy zaczynałam pracować z domu, słyszałam wiele głosów, że podejmuję się niemożliwego. Bo jak ja sobie wyobrażam oparcie się takim pokusom jak: pospanie dłużej, pooglądanie seriali albo wyjście na spacer w słoneczny poranek. Przecież i tak nikt mnie nie widzi!

Tymczasem ja… Nie mam żadnych problemów z zabraniem się do pracy. Wytworzyłam sobie dość stały poranny rytuał, którym dobrze zaczynam dzień. I oczywiście mieści się w nim pożywne śniadanie i nastrajająca medytacja, ale nie może w nim też zabraknąć piętnastokrotnego przestawienia budzika na „jeszcze tylko dziesięć minut”.

Nie zmienia to faktu, że w okolicach ósmej – no góra dziewiątej – zabieram się do pracy.

Najefektywniejsze godziny pracy

Przez dwa lata byłam freelancerem i było mi z tym bardzo dobrze. Mogłam pracować ile chce, gdzie chce i z jak chcę. Robiłam zdrowe przerwy między projektami, a moje wyjazdy wakacyjne potrafiły trwać 5 tygodni.

Praca freelancera dała mi niesamowitą okazję do badania własnej efektywności, dostrzegania przemęczenia albo nadmiaru energii, czy poziomu motywacji w zależności od czasu pozostałego do deadline’u. Wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały, że moja praca jest najbardziej efektywna, kiedy nie oszukuję nikogo, że dam radę zacząć wcześniej, albo że uda mi się zrobić cokolwiek sensownego po godzinach. I tak… odkryłam, że moja praca jest najefektywniejsza w godzinach 10-16.

Tak. Sześć godzin. W ciągu tych sześciu godzin z nastawieniem, że w tym czasie pracuję i nie robię absolutnie niczego innego byłam w stanie ogarnąć całą moją działalność zawodową, a poza tym zarówno rano jak i popołudniu cieszyć się wolnością.

Jeśli tylko termin wykonania był sensowny, każdy projekt byłam w stanie podzielić na sześciogodzinne kawałki i codziennie odhaczyć jeden nie niepokojona przez żadne niespodzianki.

Praca nad ogromnymi projektami

Tymczasem w mojej obecnej pracy tworzymy dwa ogromne produkty, które klienci kupują „z półki”, czyli… praca nad nimi nigdy się nie kończy. Tu nie ma projektów, które można oddać i odetchnąć z ulgą. Nie ma odhaczania klientów, robienia sobie dwóch dni wolnego w środku tygodnia i przechodzenia z czystą głową do kolejnych kontaktów. Nie ma też za bardzo możliwości podzielenia pracy na konkrente sześciogodzinne kawałki, bo…

  • Ktoś zawsze niespodziewanie napisze na komunikatorze
  • Ktoś zawsze napisze maila z informacją, że coś gdzieś się zawaliło i trzeba naprawić
  • Ktoś zawsze odwoła jakiś kawałeczek projektu, bo badania z klientami pokazały, że dotychczasowe podejście było bez sensu
  • Ktoś zawsze będzie potrzebował konsultacji
  • Ktoś zawsze poprosi o pomoc z przesunięciem guzika, przeskalowaniem obrazka, albo dostylowaniem tekstu
  • Ktoś zawsze da znać, że skończył swoją działkę i dobrze byłoby zrobić przegląd

Praca na etacie

W formie: etat z domu pracuję już prawie 4 lata i… Nadal nie wierzę w ośmiogodzinny tryb pracy. W firmie zdarzają się takie dni, w których mogłabym popracować 2 godziny, wypić kawę, poplotkować z koleżanką i zamknąć komputer. Zdarzają się też takie, w których 14 godzin byłoby dużo realniejszą opcją niż marnych 8.

I co? W każdym z tych przypadków robi się człowiekowi w duszy nieprzyjemnie.

W opcji czternastogodzinnej, sytuacja jest jasna. Mam wyrzuty sumienia sama przed sobą, że tyle pracuję. Płacą mi za 8 godzin. W zasadzie nikt ode mnie nie wymaga, że będę zostawać po godzinach, ale… Ja sobie założyłam, że zrobię tę część projektu DZISIAJ. No i nie ma zmiłuj.

Za to w tych dwugodzinnych dniach jestem zła, że mogłabym iść na spacer albo do fryzjera, a siedzę bez sensu przed komputerem. Zazwyczaj dość szybko przypominam sobie, że taką właśnie umowę podpisałam z własnej nieprzymuszonej woli i… zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że powinnam się zabrać za jakąś porządną robotę, a nie tak popycham głupoty na firmowym czacie. I co? Zawsze kończy się to na jeden z dwóch sposobów. Albo „udaję, że pracuję” i po obowiązkowych 8 godzinach jestem tak zmęczona, że na nic nie mam już ochoty. Albo… Z nadmiaru mocy przerobowych znajduję sobie jakiś fun-project, który ZAWSZE okazuje się dużo większy niż oczekiwałam i zamiast o 17.00 kończę o 19.00. Tym razem też zmęczona, ale przynajmniej szczęśliwa.

Ja nie potrafię skończyć pracy! Nie skończę po 2 godzinach “bo mi nie wolno”, ale nie skończę też po 8 tak jak powinnam, bo jak się wkręcę w jakiś projekt, to muszę go doprowadzić do finału i już.

Koniec pracy z domu

Cztery lata, a ja nie wyleczyłam się z tego freelancerskiego podejścia, że jak sobie założę, że jakąś część dzisiaj zrobię, to muszę zrobić i koniec. I nie dociera do mnie, że nie zrobiłam tego kawałka dlatego, że przez 2 godziny byłam na firmowych spotkaniach, przez kolejną robiłam review kodu, a pół godziny między obiadem, a popołudniową przerwą zjadły mi konsultacje z kolegą z zespołu obok.

I wiecie co? Ja naprawdę zazdroszczę Panom z budowy™ tych żelaznych zasad, że jak 11.00 to rzucają łopaty i przerwa na kanapkę, a jak 16.00 to obracają się na pięcie i wychodzą. I nie ma, że dziura załatana tylko do połowy, a ściana postawiona w jednej trzeciej. Koniec jest koniec i budowa do poniedziałku nie ucieknie.

Kończenie pracy, kiedy moje zadania i moja lodówka są w tym samym mieszkaniu jest supertrudne. W prawdziwym biurze zawsze znajdzie się ktoś, kto Cię wygoni, choćby dlatego, że chce już pozamykać, a w domu?

A Tobie do kogo bliżej? Do upartego freelancera co jak sobie coś założy, że dzisiaj zrobi to zrobi choćby nie wiem co!, czy raczej bliżej Ci do Panów z budowy™, którzy wiedzą, co to godzina końca pracy?
Masz jakieś złote sposoby na wyleczenie się z pracowania za dużo?